Wychodzę i prawie od razu potykam się o nogi, których właściciele uznali, że korytarz akademicki jest najwspanialszym miejscem do czekania na kolejne zajęcia. Nie powinnam jednak na nich narzekać, bo jestem pierwsza do klapnięcia przy ścianie, żeby z wściekłą pasją przeczytać artykuły, z którymi powinnam zapoznać się już kilka dni temu.
Już prawie kieruję się w dół schodów prowadzących na parter, kiedy do moich uszu dociera głośny śmiech, echem odbijający się w ślepej uliczce, gdzie automaty z przekąskami zgromadziły wygłodniałych studentów. Ma na sobie tę samą, granatową czapkę z bimbałem, w której widziałam go w zeszłym tygodniu.
- James.
Rumieniec na jego policzkach przyprawia mnie o uśmiech, bo dobrze wiem czym jest spowodowany. Też pewnie zaspał, a tabliczka czekolady, którą dopiero w połowie rozpakował, jest chyba jego śniadaniem. Włosy w kolorze piaszczystego blondu sterczą zza oblamówki czapki, którą nosił raczej jako "modny dodatek", niż coś, czego naprawdę potrzebował biegnąc rano na zajęcia.
- Jak tam poranna przebieżka? - pytam, podchodząc do niego.
Mój ton jest drwiący, ale nie jestem w pozycji by móc robić sobie z niego żarty.
- To był bardziej sprint. - Uśmiecha się zadziornie.
- Masz teraz zajęcia?
- Za kilka minut, ale Kit zajął mi już miejsce. Nie mam zamiaru znowu siedzieć w pierwszym rzędzie.
Chłopak zgniata mnie w uścisku i bierze gryza swojej czekolady tuż przy moim uchu. Pomimo wątpliwości, które Tiff zasiała w mojej podświadomości, cieszę się, że go widzę. Naprawdę się cieszę. Jest trochę niemądry, w dziwny sposób, typu "nie interesuje mnie to, że sezon się już skończył, mam ochotę założyć mój bożonarodzeniowy sweter". Przy końcu jego prawej brwi widnieje mała blizna o dziwnym kształcie. Pamiątka po starciu z grawitacją. Miał siedem lat, gdy spadł z drzewa. Dowiedziałam się tego, pomagając mu podnieść rzeczy, które upuścił na podłogę w bibliotece. James nie przestawał wtedy gadać, wypełniając potencjalną niezręczną ciszę. Już chwilę potem ludzie myszkujący w książkach uciszali go poirytowani. Nie był tym, do czego byłam przyzwyczajona. Nie szły z nim w parze problemy do przepracowania, nie było żadnych trupów ukrytych w szafie i właśnie to powinno dodać mi otuchy. Nadal jednak jeszcze coś nie zaskoczyło.
- Och, skoro już cię złapałem - kontynuuje James, ciągle trzymając mnie w ramionach. - Chciałabyś gdzieś wyjść w sobotę?
Śmieje się, kiedy próbuję wyślizgnąć się z jego ramion, wykorzystując do tego wiedzę o miejscach, gdzie ma największe łaskotki.
- Przepraszam, nie mogę. Jadę na weekend do domu. Kierownik tego sklepu muzycznego, w którym pracowałam dzwonił do mnie kilka dni temu. Powiedział, że desperacko potrzebują kogoś do pomocy.
- Ty już chyba nie musisz się tym martwić - jęczy marudnie, głębiej naciągając swoją czapkę na czoło.
- To przyjaciel.
Jeden z kolegów Jamesa, stojący w otwartych drzwiach sali wykładowej, krzyczy, żeby się pospieszył. Wychowawcy jeszcze nie ma, ale podejrzewam że dotrze tu w ciągu dwóch minut.
- Kiedy wracasz?
Skończył jeść czekoladę i czułam, jak przebiegle wsuwa sreberko po niej do tylnej kieszeni moich spodni.
- W niedzielę wieczorem, albo w poniedziałek rano.
Wzdycha ciężko, opierając się o ścianę i marszczy usta.
- O co chodzi?
- Moi współlokatorzy wyjeżdżają, myślałem że będziemy mogli spędzić u mnie popołudnie.
Posępny wyraz twarzy chłopaka zdradza mi jego rozczarowanie i szczerość.
Cmokam go w policzek.
- Wiesz, że ja nie..
- Tak, wiem. Wcale nie.. - Trudno mu dobrać słowa. - Nie miałem na myśli niczego poza grami planszowymi i może odrobiną przytulania.
- Jasne. - Śmieję się, lekko trącając go w ramię.
Bawi go jak idę w kierunku schodów, uchylając się przed najbardziej niecierpliwymi studentami. Czuje jego obecność tuż za mną. Przeprasza każdego komu staje na drodze, za to, że idzie pod prąd.
- No przysięgam. - Uśmiecha się szeroko, kiedy mnie dogania. - Ale wiesz, jeśli chcesz zagrać w rozbierane scrabble to nie będę przecież narzekał.
Pstrykam jego bimbał od czapki, a on śmieje się głośno. Jego wykładowczyni mija nas na schodach, ale James jej nie zauważa. Z trudem powstrzymuję chichot, a on całą swą uwagę skupia na lekkim ciągnięciu za mój kucyk.
- To twoja profesorka? - Kiwam głową w kierunku kobiety, która dotarła już prawie na szczyt schodów.
- Cholera.
Wystrzeliwuje jak rakieta, z prędkością światła mijając swoją nauczycielkę, o której obecności dałam mu znać. Schodzę na parter i słyszę jego krzyki nawet na samym dole.
- Nie spóźniłem się! Nie jestem spóźniony!
***
Jest piątkowe popołudnie, a dzisiejsza poranna podróż pociągiem dała mi możliwość przejrzenia moich pozakreślanych na kolorowo notatek. Gorączkowo zebrałam wszystkie kartki do kupy, po czym wysiadłam z przedziału i takim oto sposobem znalazłam się na dworcu, czekając na przyjazd mojej mamy.
Zbieram się, by ruszyć w stronę auta i zająć miejsce na fotelu pasażera, ale ona jest tak szybka, że udaje jej się zaparkować i wysiąść, zanim zbliżam się na tyle, by otworzyć sobie drzwi. Przytula mnie mocno i o wiele za długo, całuje mnie w czoło i w kółko powtarza jak bardzo za mną tęskniła. Wykręcam się z jej objęć i poganiam, by wsiadła do samochodu, zanim zawstydzające łzy znajdą swoje ujście.
Teraz, gdy została całkiem sama, martwię się o nią trochę bardziej niż zazwyczaj. Jednak pomimo tego, dochodzę do wniosku, że moje wizyty w domu są przyjemniejsze. Wygospodarowujemy tych kilka dni w miesiącu, żeby wspólnie spędzić czas. Nie ma wtedy mowy o niemądrych sprzeczkach, które zdarzały się na porządku dziennym, gdy mieszkałam w domu. Miło jest spędzić cichy weekend z moją mamą, zanim znowu będę musiała wrócić do ciągłych prezentacji i nieuchronnie zbliżających się terminów końcowych.
Ten weekend jednak może być nieco bardziej pracowity, niż myślałam na początku. Na sklepie jest jeszcze dwójka ludzi, poza mną. Utknęłam przy kasie wyceniając towar. Od czasu do czasu trafiał mi się tylko jakiś trudny klient. Podnoszę wzrok, odrywając się od aktualnego zajęcia, czyli naklejania cen, by dostrzec chłopaka idącego między wysepkami z asortymentem. Jest wyraźnie zajęty szukaniem czegoś w swojej torbie, którą przewiesił przez ramię.
Odwracam od niego wzrok na dosłownie dwie sekundy, ale jemu w zupełności to wystarcza, by wypakować na ladę zawartość swojego worka.
- Ej! Nie chcemy tego tutaj! - krzyczę w sprzeciwie za kolesiem, który dopiero co pozbył się masy ulotek, zostawiając je przy kasie.
Przewracam oczami, kiedy wychodzi przez główne drzwi, mądrze unikając wszelkiego kontaktu, dzięki któremu niezbyt grzecznie mogłabym z powrotem wręczyć mu to co tu porzucił. Kilka drukowanych ogłoszeń pofrunęło na ziemię, niesione podmuchem wiatru, wdzierającym się przez otwarte drzwi sklepowe. Wzdycham pod nosem i zrezygnowana okrążam ladę, by je podnieść.
Każdym innym razem, po prostu bym je wyrzuciła. Naprawdę rzadko kiedy zdarza się, żeby kiczowate ulotki przykuły moją uwagę. Tym jednak się udało. Podnoszę się z kolan i odkładam marnej jakości papier na resztę kupki. Biało-czarny tusz jest tańszy w masowej produkcji, więc przypuszczam, że właśnie z tego powodu zrezygnowano z kolorowego tła, na którym widnieje dwójka zawodników. Każdy z nich zastygł w poszczególnej pozie, pierwszy z nich wymierzał prawy sierpowy w twarz drugiego. Po lewej stronie mieści się schludna kolumna przedstawiająca nazwiska, po dwa w rzędzie z "vs" wciśniętym między nimi.
Moje ręce zaczynają pokrywać się potem, kiedy wzrok dociera do przedostatniego rzędu nazwisk.
Zbieram się, by ruszyć w stronę auta i zająć miejsce na fotelu pasażera, ale ona jest tak szybka, że udaje jej się zaparkować i wysiąść, zanim zbliżam się na tyle, by otworzyć sobie drzwi. Przytula mnie mocno i o wiele za długo, całuje mnie w czoło i w kółko powtarza jak bardzo za mną tęskniła. Wykręcam się z jej objęć i poganiam, by wsiadła do samochodu, zanim zawstydzające łzy znajdą swoje ujście.
Teraz, gdy została całkiem sama, martwię się o nią trochę bardziej niż zazwyczaj. Jednak pomimo tego, dochodzę do wniosku, że moje wizyty w domu są przyjemniejsze. Wygospodarowujemy tych kilka dni w miesiącu, żeby wspólnie spędzić czas. Nie ma wtedy mowy o niemądrych sprzeczkach, które zdarzały się na porządku dziennym, gdy mieszkałam w domu. Miło jest spędzić cichy weekend z moją mamą, zanim znowu będę musiała wrócić do ciągłych prezentacji i nieuchronnie zbliżających się terminów końcowych.
Ten weekend jednak może być nieco bardziej pracowity, niż myślałam na początku. Na sklepie jest jeszcze dwójka ludzi, poza mną. Utknęłam przy kasie wyceniając towar. Od czasu do czasu trafiał mi się tylko jakiś trudny klient. Podnoszę wzrok, odrywając się od aktualnego zajęcia, czyli naklejania cen, by dostrzec chłopaka idącego między wysepkami z asortymentem. Jest wyraźnie zajęty szukaniem czegoś w swojej torbie, którą przewiesił przez ramię.
Odwracam od niego wzrok na dosłownie dwie sekundy, ale jemu w zupełności to wystarcza, by wypakować na ladę zawartość swojego worka.
- Ej! Nie chcemy tego tutaj! - krzyczę w sprzeciwie za kolesiem, który dopiero co pozbył się masy ulotek, zostawiając je przy kasie.
Przewracam oczami, kiedy wychodzi przez główne drzwi, mądrze unikając wszelkiego kontaktu, dzięki któremu niezbyt grzecznie mogłabym z powrotem wręczyć mu to co tu porzucił. Kilka drukowanych ogłoszeń pofrunęło na ziemię, niesione podmuchem wiatru, wdzierającym się przez otwarte drzwi sklepowe. Wzdycham pod nosem i zrezygnowana okrążam ladę, by je podnieść.
Każdym innym razem, po prostu bym je wyrzuciła. Naprawdę rzadko kiedy zdarza się, żeby kiczowate ulotki przykuły moją uwagę. Tym jednak się udało. Podnoszę się z kolan i odkładam marnej jakości papier na resztę kupki. Biało-czarny tusz jest tańszy w masowej produkcji, więc przypuszczam, że właśnie z tego powodu zrezygnowano z kolorowego tła, na którym widnieje dwójka zawodników. Każdy z nich zastygł w poszczególnej pozie, pierwszy z nich wymierzał prawy sierpowy w twarz drugiego. Po lewej stronie mieści się schludna kolumna przedstawiająca nazwiska, po dwa w rzędzie z "vs" wciśniętym między nimi.
Moje ręce zaczynają pokrywać się potem, kiedy wzrok dociera do przedostatniego rzędu nazwisk.
"Styles vs Simmons"
Sprawdzam drugi raz, a litery wypalają się w moim mózgu, gdy czytam je ponownie. Moje ciało przełącza się na autopilota, kiedy biegiem ruszam w stronę drzwi. Chłopak jest gotowy, by przerzucić nogę przez grzbiet motoru w momencie, gdy do niego wołam.
- Czekaj!
Z głośno bijącym sercem zatrzymuje się przed chłopakiem, który podstępnie zostawił kopie ulotek na ladzie sklepu. Bezwiednie miętoszę w dłoni jedną z nich. Nie jest zbyt wysoki, jego zaniedbane włosy przytrzymuje frotka, a na linii szczęki majaczy szorstko wyglądająca broda.
- Słuchaj, możesz je wywalić jak chcesz. To.. - zaczyna, ale urywa w połowie, gdy widzi jak kręcę głową.
- To Harry?
Kawałek papiery wędruje między nas, a mężczyzna mruży oczy, jakby miał nie lada problem z przeczytaniem wytłuszczonych liter. Kiedy wszystkim co otrzymuje jest zmarszczenie przez niego czoła, palcem wskazuję na najbardziej interesujący mnie fragment tekstu. Odbiera ode mnie ulotkę, posyłając mi jeszcze jedno szybkie spojrzenie.
- Jak on ma na imię? Harry? - powtarzam pytanie, bardziej zachęcającym tonem.
- Słuchaj, Kochanie. Nie znam ich imion, ja tylko reklamuję..
- Walczy dzisiaj? - przerywam mu niegrzecznie, po raz kolejny w ciągu kilku ostatnich chwil.
- Nie. - Kręci głową z protekcjonalnym uśmieszkiem na ustach. - Czemu się tak interesujesz?
Nie będę wdawała się z nim w żadne gierki. Nie dam mu tej satysfakcji. Sposób, w jaki teraz pochyla się przy boku swojego motoru daje mi jasno do zrozumienia, że liczy na moją całkowitą atencję i to, że jestem gotowa zrobić wszystko, by uzyskać od niego jakiekolwiek informacje.
Nie jestem głupia. Powtarzam to w swojej głowie odwracając się na pięcie, by wrócić do sklepu.
- Jutro będzie walczył - woła. - Powinnaś sama wpaść i zobaczyć, czy to ten Styles, którego szukasz. Postawię ci nawet drinka - kończy puszczając mi oczko.
- Dzięki, ale drinka z łatwością mogę kupić sobie sama.
Obserwuję w rozbawieniu, jak dramatycznym gestem przykłada dłonie do klatki piersiowej.
- Ale mi dowaliłaś, Piękna.
Niechciane zdrobnienie prostuje moją sylwetkę i utwardza powierzchnię ochronną. Odwracam się bez słowa i idę w stronę sklepu.
***
- Mamo, wychodzę - informuję ją, sięgając na wieszak po moje okrycie.
Siedziała na sofie razem ze swoją koleżanką z pracy. Magicznym sposobem na stoliku pojawiła się kolejna butelka wina, do połowy już opróżniona. Szmirowata komedia romantyczna majaczy w odbiorniku telewizyjnym, a one gadają jak najęte, poruszając głównie temat nowego doktora, który miał dyżur poprzedniego popołudnia.
- Gdzie idziesz?
Uśmiecha się, a jej policzki czerwienieją od wypitego alkoholu. Widzę, że jest bardzo zadowolona zapowiadającym się wieczorem. Bardzo prawdopodobne jest również to, że czekoladki ukryte w kuchni zostaną wyciągnięte w momencie, gdy tylko wyjdę. Moja mama pewnie wpakuje puste papierki z powrotem do opakowania, zamiast po prostu wyrzucić je do kosza. Jestem też prawie pewna, że potem wyprze się tego krępującego zachowania.
- Idę obejrzeć mecz.
Płaszcz znajduje się już na moich ramionach, gdy sięgam po kluczyki od samochodu na stolik przy drzwiach. Odgarniam grzywkę z czoła i namierzam warkocz, który dopiero co zaplotłam, by odrzucić go za ramię.
- Mecz piłki nożnej?
Spieszę do drzwi, unikając odpowiedzi na jej pytanie. Wymiguje się tym, że jestem spóźniona i pospiesznie się z nimi żegnam, wypadając przez drzwi wejściowe sekundy później.
Siedziała na sofie razem ze swoją koleżanką z pracy. Magicznym sposobem na stoliku pojawiła się kolejna butelka wina, do połowy już opróżniona. Szmirowata komedia romantyczna majaczy w odbiorniku telewizyjnym, a one gadają jak najęte, poruszając głównie temat nowego doktora, który miał dyżur poprzedniego popołudnia.
- Gdzie idziesz?
Uśmiecha się, a jej policzki czerwienieją od wypitego alkoholu. Widzę, że jest bardzo zadowolona zapowiadającym się wieczorem. Bardzo prawdopodobne jest również to, że czekoladki ukryte w kuchni zostaną wyciągnięte w momencie, gdy tylko wyjdę. Moja mama pewnie wpakuje puste papierki z powrotem do opakowania, zamiast po prostu wyrzucić je do kosza. Jestem też prawie pewna, że potem wyprze się tego krępującego zachowania.
- Idę obejrzeć mecz.
Płaszcz znajduje się już na moich ramionach, gdy sięgam po kluczyki od samochodu na stolik przy drzwiach. Odgarniam grzywkę z czoła i namierzam warkocz, który dopiero co zaplotłam, by odrzucić go za ramię.
- Mecz piłki nożnej?
Spieszę do drzwi, unikając odpowiedzi na jej pytanie. Wymiguje się tym, że jestem spóźniona i pospiesznie się z nimi żegnam, wypadając przez drzwi wejściowe sekundy później.
***
Po raz kolejny zerkam niespokojnie na pogniecioną ulotkę, mocniej mnąc papier. Noc zastała mnie w drodze, niedługo po tym jak wyszłam z domu. Miejsce docelowe znajdowało się dalej niż przypuszczałam, podróż zajęła mi dobre czterdzieści minut. Zaparkowałam po drugiej stronie ulicy, sięgając po moje rzeczy, by wyjść z samochodu i przejść na chodnik po przeciwnej stronie.
To niespokojna okolica, gdzie syreny policyjne zapętlają się w oddali. Budynek z zewnątrz wygląda bezpretensjonalnie. Wszystko mieści się na parterze. Neonowe bilbordy migają przytwierdzone do przedniej ściany, reklamując darmowy basen. Nie jest to miejsce, które odwiedzałabym regularnie sama, lub ze znajomymi. Towarzystwo kręcące się koło trzech motocykli, wyglądało jakby mogli pożreć mnie żywcem. Jestem zdana tylko na siebie, wpływając w tę głębinę.
Pomimo to udaje mi się dzielnie przemierzyć drogę prosto do rosłego ochroniarza stojącego przed wejściem. Ludzie stojący w kolejce, by zapłacić za wstęp, otwarcie ze mnie drwią. Kolejce, którą zignorowałam, co nie było chyba najlepszym pomysłem.
- Przepraszam...
Moje dobre wychowanie w ogóle nie przykuwa jego uwagi, kiedy stempluje dłoń kolejnej kobiety. Prostuję sylwetkę, mając nadzieję, że gdy będę wyższa, dostrzeże moją nieustępliwość.
- Jesteś pewna, że się nie zgubiłaś, Słoneczko?
Przelotnie skanuję ludzi w kolejce i zdaję sobie sprawę, jak bardzo różnię się od pozostałych i jak bardzo nie pasuję do tego miejsca. Planowałam tylko zapytać go o "Stylesa" widniejącego na liście nazwisk, którą nadal mam w swoim posiadaniu, ale jasnym staje się, że muszę podejść go z innej strony.
- To legalne?
Moje pytanie z całą pewnością przykuwa jego uwagę. Jego zatrudnienie i przyszłość całej tej instytucji może znaleźć się w niebezpieczeństwie. Nie mam żadnego celu w informowaniu o wszystkim policji, ale on nie będzie ryzykował. Muszę powstrzymywać uśmiech, gdy odwraca się i cicho konwersuje z jakimś facetem, stojącym po drugiej stronie drzwi, zatrzymując kolejkę. W końcu, dość niegrzecznym, gestem wskazuje mi drogę.
- Wchodź - instruuje zwięźle.
- Nie muszę najpierw zapłacić? - pytam słodkim głosem.
- Nie - niemal warczy. - Mack zaprowadzi cię do środka.
Posyłam mu wesołe "dziękuję", na które tylko fuka pod nosem i robi mi przejście. Wita mnie chłopak w podartych jeansach i koszuli w kratę. Uśmiecha się nieprzekonująco, a jego zdenerwowanie robi się coraz bardziej widoczne.
- Mam wszystkie papiery - mówi, idąc przy moim boku. - Ten biznes jest całkowicie czysty.
- Jasne. - Uśmiecham się.
- To znaczy, jest kilka zakładów postawionych na walki, ale my nie mamy z tym nic wspólnego.
Nie mam wątpliwości, że to, czym się tu zajmują jest podejrzane i raczej woleliby, żeby policja nie zaczęła węszyć. Zaryzykowali reklamując to miejsce, ale wnioskując po długiej kolejce na zewnątrz, jest to ryzyko, które im się opłaciło.
- Chcesz drinka? Na koszt firmy. Mogę zorganizować ci dobre miejsce do oglądania, zaraz na samym przodzie - oferuje, kiwając głową w zachęcie.
Odmówiłam i podziękowałam Mackowi za drinka i z trudem przekonałam go, że krzesełko barowe na tyle w zupełności mi wystarczy. Wyhamował trochę w zapędach wyniesienia mnie na piedestał, zdając sobie sprawę, że wcale nie miałam zamiaru czerpać żadnych dodatkowych korzyści z jego obecności.
- Chcę tylko posiedzieć tu przez walkę, albo dwie - poprosiłam, a on momentalnie na to przystał, mając nadzieję, że będę trzymać buzię na kłódkę o niekoniecznie legalnym interesie klubu.
Mack siada na stołku obok mnie, a atmosfera robi się coraz bardziej napięta, gdy w środku zaczyna gromadzić się więcej ludzi. Po środku olbrzymiego pomieszczenia widnieje prowizoryczny ring. Znajduje się na niewysokim podwyższeniu i jest otoczony linami. Wydaje mi się nieco amatorski, bazując na tych ringach, które miałam okazję oglądać w przeszłości. Tego miejsca w ogóle nie można było porównywać porządnymi halami na których odbywają się mecze bokserskie, ale jestem prawie pewna, że ludzie nie przychodzili tu z powodu wygórowanych oczekiwań co do rozrywki. Większość z nich mało co to interesuje, wnioskując po ilości spożywanego przez nich alkoholu.
Oświetlenie sprawia, że to miejsce wygląda na jeszcze bardziej brudne. Rogi pomieszczenia są mroczne, z uwagi na spalone żarówki, których ktoś zapomniał wymienić. Przekręcam się, siedząc na krześle, by przewiesić swój płaszcz na oparciu stołka. Kiedy zajmuję swoją poprzednią pozycję, Mack pochyla się w moją stronę i uśmiecha się podekscytowany.
- Zaraz zacznie się następna walka - mówi ponad panującym hałasem.
Jego kolejne słowa zostają zagłuszone żwawym wiwatem. To chyba nie ma już znaczenia, bo Mack zeskakuje z krzesełka i skacze w miejscu, wymachując przy tym ręką. Nie mogę powstrzymać śmiechu, patrząc na niego. Orientuję się o co ten cały szum, dopiero kiedy wyciągam szyję, by zerknąć ponad głowami zgromadzonych. Harry tu jest. Cóż, przynajmniej tak mi się wydaje. Czuję niemal wstyd spowodowany faktem, że nie ma on pojęcia o mojej obecności. Wtrącam się w jego życie, zerkam za zasłonę i mieszam się w coś, czego z pewnością nie mam prawa być już częścią. Nie powinno mnie tu być.
Wewnętrzne wywody, dyktują moje ruchy, gdy zbieram swoje rzeczy, by wymknąć się niepostrzeżenie. Czuję wszystko w sercu, ustach i palcach, trzymających już płaszcz i torebkę, kiedy otwierają się tylne drzwi przy barze. Stanięcie na palcach jest łatwe i niemal automatyczne. Mój umysł mierzy się z burzą sprzecznych myśli, ale wygląda na to, że moje ciało samo wie, czego chce. Rozczarowanie wypełnia moje wnętrze, gdy przez drzwi jako pierwszy przechodzi nieznajomy mężczyzna.
Zmieniam zdanie co do szybkiej ucieczki, obserwując jak ekscytacja oblewa całą salę, nakręcając zawodnika, nisko podskakującego w sprężynowym truchcie. Jest klepany po plecach przez wygłodniałych gapiów, zbliżając się do rozklekotanego ringu, by zostać przestawionym tak jak należy. Simmons.
Zatacza kręgi swoimi szerokimi ramionami, napinając zdefiniowane mięśnie na plecach. Ubrany jest jedynie w spodenki, ma bose stopy i uśmiecha się szeroko. Jest podręcznikowym przykładem niecierpliwego młodzieniaszka. Zakłady ciągle napływają, aż wreszcie spiker domaga się ciszy, mówiąc do mikrofonu.
- Przywitajcie owacjami naszego panującego, niepokonanego zwycięzcę... Stylesa!
Łapię oddech, mając nadzieję, że moja postawa nie zdekompletuje się, zanim w ogóle będę miała szansę potwierdzić tożsamość "niepokonanego zwycięzcy". Mijają kolejne sekundy, a ja próbuję przekonać samą siebie, że to wcale nie musi być on. Nie dopowiadaj sobie, nie naciskaj.
Krew pulsuje mi w oczekiwaniu, nie odrywam wzroku od tylnych drzwi.
Harry.
To on. Krzesełko hamuje mój upadek, gdy siadam na nim gwałtownie, martwiąc się, żebym nie została zauważona, ale on nie zmienił toru swojej drogi, przechodząc przez tłum, więc stwierdzam, że bezpiecznie mogę zerknąć jeszcze raz ponad głowami ludzi zgromadzonych na przodzie. Rozchylił liny i wszedł na ring. Nie jestem zdziwiona, widząc, że ryk podekscytowanej publiki nie robi na nim najmniejszego wrażenia, odwrotnie do zachowania jego przeciwnika, który skąpał się w aplauzie. Zamiast tego, Harry uśmiecha się pewny siebie. Jego wyraz twarzy jest widoczny nawet mimo kwestionowanego oświetlenia i dystansu.
Mack nadal szaleje obok mnie, a ja jasno widzę jak niektóre kobiety zawieszają oko na Harrym, kiedy zdejmuje kaptur ze swojej głowy i rozsuwa czarną bluzę. Materiał zsuwa się z jego szerokich ramion wzdłuż rąk. Nie interesuje mnie to, gdzie postanowił odrzucić swoją odzież, bo coś innego, o wiele ważniejszego każe moim oczom podwoić swoje rozmiary.
Przygotowywałam się na to, by go zobaczyć. Ta myśl spędzała mi sen z powiek w ciągu całej zeszłej nocy. Jednak nie byłam kompletnie przygotowana na widok surowego, czarnego tuszu tatuaży, okalających całą długość jego lewej ręki. Przełykam swoje niedowierzanie i zjeżdżam wzrokiem na kameralny napis na jego zdefiniowanym biodrze. Jestem zbyt daleko, by zdefiniować poszczególne tatuaże, wszystkie zlewają się w jedną, zbitą kombinację. Nie wygląda już jak mój Harry.
Moja analiza zostaje przerwana, gdy początek walki jest oznajmiany głośnym odliczaniem, a przeciwnik startuje w stronę Harry'ego. Byłam już wcześniej na tej pozycji, zamartwiając się i obserwując jak dwoje mężczyzn walczy o zwycięstwo. Krzyk tłumu cichnie, kiedy Harry blokuje uderzenie pięści, odpowiadając wymierzeniem ciosu przy pomocy swojej własnej.
Marszczę czoło, a konsternacja przesłania moje rysy, gdy absorbuję ruchy zamglonych rąk. Nie mają rękawic. Szybko dochodzę do wniosku, że to całe show nie ma nic wspólnego z restrykcyjnym boksem, gdy kolano Harry'ego wystrzeliwuje w górę, by zderzyć się z żebrami napastnika. Jedynym wspornikiem są czarne taśmy oplatające jego knykcie.
- To nie jest boks! - krzyczę na Macka.
Bicie mojego serca zdaje się synchronizować z pięściami Harry'ego, zadającymi kolejne ciosy.
- To brudna walka. Nie ma żadnych reguł. Wszystko dla lepszej rozrywki.
Przechwala się w euforii, gestykulując w stronę widowni kibicującej zawodnikowi, na którego postawiła swoje zakłady. Wiem, że Harry jest przyzwyczajony do walki bez rękawic. Jest bez nich niezwykle niebezpieczny, jeśli nawet nie bardziej. Ta wiedza jednak nie zapobiega grymasowi na mojej twarzy, kiedy przyjmuje ostrego kopniaka w swoje prawe biodro.
- Kibicujesz Stylesowi? Nie martw się. Wie, że musi to trochę przeciągnąć - zapewnia Mack, przytakując głową. - Rozrywka. Może nawet wyciągnie z tego jakąś dodatkową kasę.
Śmieje się, kiedy nasza uwaga ponownie zostaje skupiona na uniknięciu przez Harry'ego lewego sierpowego. Jest równie szybki i dobrze zaznajomiony z tą scenerią, jak wtedy, gdy miałam szansę obserwować go przy boksowaniu. Za każdym jego ruchem stoi siła i zaciekłość, co sprawia, że wygląda niemal zwierzęco. To wciąż Harry, ale z dodatkową nutą brawury.
Jego przeciwnik zyskuję chwilę spokoju, sapiąc ciężko, gdy Harry przemieszcza się szybkim krokiem w bok ringu. Przez wypełnioną przerażeniem sekundę martwię się, że mnie zobaczył, strach oblewa wszystkie moje komórki, gdy przedziera się przez liny i schodzi do pierwszego rzędu obserwujących wszystko ludzi. Obecność Macka rozmywa się momentalnie, aż do chwili gdy dostrzegam go, desperacko próbującego dotrzeć do Harry'ego i, jak mi się wydaje, mężczyzny, który wykrzykiwał jakieś nieuprzejme hasła w stronę walczącego. Cokolwiek to było, nie powtórzy swoich słów teraz, gdy Harry stoi nad nim gromiąc go złowieszczym spojrzeniem.
- Powiedz to jeszcze raz i zobaczysz co się stanie! - prowokuje groźnym warknięciem.
Tłum robi się coraz bardziej niespokojny przez tę niechcianą przerwę. Niecierpliwią się, by znów móc oglądać walkę, ale nikt nie jest na tyle odważny, żeby popchnąć Harry'ego w stronę ringu. Mocuję się z krzesełkiem, żeby mieć lepszy widok, czując jak pot zdenerwowania skrapla się na moim czole. To nie moja sprawa, wiem. Nie mam zamiaru interweniować. Kufel piwa, który facet jeszcze chwilę temu trzymał w dłoni, z hukiem roztrzaskuje się na ziemi, opryskując zawartością blisko stojących ludzi.
- Styles, odpuść.
Ignoruje ostrzeżenie Macka, wciskając mężczyznę głębiej w kąt. Nie ma między nimi żadnego fizycznego kontaktu, jedynie mentalne zastraszanie.
- Masz zamknąć, kurwa, ryj - warczy Harry.
Tchórzostwo przejmuje władzę nad niezdolnym do obrony facetem, który nie może już nawet mierzyć się ze wzrokiem Harry'ego.
- Nie ruszaj klientów, Styles. To odbija się na biznesie.
Bosy zawodnik odsuwa się o kilka centymetrów, a Mack korzystając z sytuacji wsuwa się przed chłopaka, kładąc dłonie na jego ramionach. Lekko, ale zdecydowanie popycha go w tył, by zwiększyć dystans między nim, a przerażonym mężczyzną, dzięki czemu czuję niemałą ulgę. Ogromne pomieszczenie przechodzi z głośnego dopingu po kompletną ciszę.
- Odwróć się i dokończ walkę.
Harry kłótliwie strąca ze swojego ciała ręce Macka. Nie jestem wystarczająco blisko, by zobaczyć jego twarz, ale ludzie, bardziej niż chętnie, schodzą mu z drogi, by mógł wrócić na ring, więc podejrzewam, że wyraża ona coś więcej, niż tylko grymas niezadowolenia.
Wraca za liny, a ja w zakrywam dłonią usta, tłumiąc mój straszliwy oddech wypełniony współczuciem dla drugiego młodego zawodnika. Trzyma się za brzuch, obserwując z przerażeniem wyzutego z emocji, zbliżającego się do niego Harry'ego. Cała hala jest w stanie przewidzieć to, co zaraz się stanie. Wraz z odrażającym dźwiękiem pięści Harry'ego odbijającej się od twarzy biednego chłopaka wiem, że nie jest już tym samym Harry'm, którego znałam kiedyś.
- NOKAUT!
Śmieje się, kiedy nasza uwaga ponownie zostaje skupiona na uniknięciu przez Harry'ego lewego sierpowego. Jest równie szybki i dobrze zaznajomiony z tą scenerią, jak wtedy, gdy miałam szansę obserwować go przy boksowaniu. Za każdym jego ruchem stoi siła i zaciekłość, co sprawia, że wygląda niemal zwierzęco. To wciąż Harry, ale z dodatkową nutą brawury.
Jego przeciwnik zyskuję chwilę spokoju, sapiąc ciężko, gdy Harry przemieszcza się szybkim krokiem w bok ringu. Przez wypełnioną przerażeniem sekundę martwię się, że mnie zobaczył, strach oblewa wszystkie moje komórki, gdy przedziera się przez liny i schodzi do pierwszego rzędu obserwujących wszystko ludzi. Obecność Macka rozmywa się momentalnie, aż do chwili gdy dostrzegam go, desperacko próbującego dotrzeć do Harry'ego i, jak mi się wydaje, mężczyzny, który wykrzykiwał jakieś nieuprzejme hasła w stronę walczącego. Cokolwiek to było, nie powtórzy swoich słów teraz, gdy Harry stoi nad nim gromiąc go złowieszczym spojrzeniem.
- Powiedz to jeszcze raz i zobaczysz co się stanie! - prowokuje groźnym warknięciem.
Tłum robi się coraz bardziej niespokojny przez tę niechcianą przerwę. Niecierpliwią się, by znów móc oglądać walkę, ale nikt nie jest na tyle odważny, żeby popchnąć Harry'ego w stronę ringu. Mocuję się z krzesełkiem, żeby mieć lepszy widok, czując jak pot zdenerwowania skrapla się na moim czole. To nie moja sprawa, wiem. Nie mam zamiaru interweniować. Kufel piwa, który facet jeszcze chwilę temu trzymał w dłoni, z hukiem roztrzaskuje się na ziemi, opryskując zawartością blisko stojących ludzi.
- Styles, odpuść.
Ignoruje ostrzeżenie Macka, wciskając mężczyznę głębiej w kąt. Nie ma między nimi żadnego fizycznego kontaktu, jedynie mentalne zastraszanie.
- Masz zamknąć, kurwa, ryj - warczy Harry.
Tchórzostwo przejmuje władzę nad niezdolnym do obrony facetem, który nie może już nawet mierzyć się ze wzrokiem Harry'ego.
- Nie ruszaj klientów, Styles. To odbija się na biznesie.
Bosy zawodnik odsuwa się o kilka centymetrów, a Mack korzystając z sytuacji wsuwa się przed chłopaka, kładąc dłonie na jego ramionach. Lekko, ale zdecydowanie popycha go w tył, by zwiększyć dystans między nim, a przerażonym mężczyzną, dzięki czemu czuję niemałą ulgę. Ogromne pomieszczenie przechodzi z głośnego dopingu po kompletną ciszę.
- Odwróć się i dokończ walkę.
Harry kłótliwie strąca ze swojego ciała ręce Macka. Nie jestem wystarczająco blisko, by zobaczyć jego twarz, ale ludzie, bardziej niż chętnie, schodzą mu z drogi, by mógł wrócić na ring, więc podejrzewam, że wyraża ona coś więcej, niż tylko grymas niezadowolenia.
Wraca za liny, a ja w zakrywam dłonią usta, tłumiąc mój straszliwy oddech wypełniony współczuciem dla drugiego młodego zawodnika. Trzyma się za brzuch, obserwując z przerażeniem wyzutego z emocji, zbliżającego się do niego Harry'ego. Cała hala jest w stanie przewidzieć to, co zaraz się stanie. Wraz z odrażającym dźwiękiem pięści Harry'ego odbijającej się od twarzy biednego chłopaka wiem, że nie jest już tym samym Harry'm, którego znałam kiedyś.
- NOKAUT!
________________________________________________________
JESTEM TAK STRASZNIE ROZEMOCJONOWANA TYM ROZDZIALEM ŻE W OGOLE JHGFCUIJHCFJHGHUVGJUBGHUBJIUHJ!!!!!!!!!!!!
??????
!!!!!!!!!!!!!!!!!
!
Och... I nie wiem jak Wy, ale ja polubiłam Jamesa xD fajny jest, sympatyczny. Of korz nigdy nie będzie Harrym, ale jak widać jest dość fajnym bohaterem i na bank nie chce tylko dobrać się do majtek Bołersa, więc dla mnie luz :D jasne, że Bo ma być z Harrym, ale James jest fajny i już :P
HARRY JEST KURWA JAK ZAWODOWY MORDERCA W RINGU I JA PIERDOLE NIGDY NIE BYŁAM BARDZIEJ PODNIECONA XD
Chociaż zabiły coś we mnie słowa Bo. Dokładnie dwa cytaty: "Nie wyglądał już jak mój Harry." i "...nie jest już tym samym Harry'm, którego znałam kiedyś."
AND I'M HERE LIKE
OMFG SOŁ EKSAJTED AJ EM. Dziękuję za wszystkie komentarze z góry i piszcie swoje przemyślenia na tt (jeśli macie ochotę oczywiście xD) z hashtagiem #knockout ! :)
AAAAA, no i jak widzicie, zrezygnowałam jednak z akapitów, bo czytając komentarze pod ostatnim większość jednak wolała ich poprzednią wersję.
Prostując jeszcze jedną sprawę! Nie mam zamiaru zmienić czasu w opowiadaniu. Autorka widocznie celowo zaplanowała sobie prowadzić akcję w tej części w TYM czasie, a ja nie chcę zmieniać jej koncepcji. Przykro mi, kiedy piszecie, że przestaniecie czytać bo niewygodnie, bo mechanicznie (z tym się akurat trochę zgadzam), ale naprawdę można się do tego przyzwyczaić. Nie mam jednak zamiaru tutaj nikogo siłą zatrzymywać, ani nakłaniać do dalszego czytania. To Wasz wybór i mi nic do tego, dlatego plz nie proście mnie, żebym tłumaczyła w czasie przeszłym, kiedy opowiadanie jest pisane w teraźniejszym, bo to nic nie da. Tym bardziej "zastraszanie", że przestaniecie czytać, no bo lolz xD
I jeszcze jedno, gdzieniegdzie występują zwroty w czasie przeszłym, ale możecie mi zaufać, że nie jest to moje widzimisię tylko tak zostało to napisane w oryginale. Możecie to łatwo sprawdzić :)
Dzięki za uwagę i do zobaczenia przy kolejnym, bejbsy! <3
