Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozdział 05.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozdział 05.. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Rozdział 5.

Samochód praktycznie kołysze się na boki, kiedy zatrzaskuję drzwi. Odrzucam torebkę na fotel pasażera i nieudolnie próbuję umieścić kluczyk w stacyjce. Słyszę jego krzyk, a ryk silnika dodatkowo wytrąca mnie z równowagi. Byłabym beznadziejnym kierowcą rajdowym.
- Bo!
Silnik warczy, wyrażając swoje niezadowolenie, kiedy zbyt gwałtownym ruchem wrzucam pierwszy bieg. Pas bezpieczeństwa zatrzymuje mnie przed wyskoczeniem przez szyberdach, kiedy do szyby od strony kierowcy przylega duża dłoń. To wystarczający szok, żebym szybko nacisnęła przycisk blokujący wszystkie drzwi w aucie. Nie zamierzam uciekać na zewnątrz, ponieważ ulica jest opustoszała, a ja nie mam ochoty włóczyć się po tej okolicy.  Dłoń ponownie odbija się od szyby, tym razem jednak nieco bardziej niecierpliwie. Odjeżdżam a palce zostawiają na szybie przepełnione nadzieją smugi, zacierające wszelkie złożone wcześniej obietnice.
Nie udaje mi się wbić drugiego biegu, mój umysł najwidoczniej odłączył się od mojej stopy, kiedy mechanizm samochodu warczy pod moim nieskoordynowanym naciskiem. Samochodem szarpie, aż w końcu zatrzymuje się bez ruchu, a ja siedzę z trudem próbując złapać oddech. Dłonie instynktownie zakrywają moją twarz, wygłaszając filozofię „jeśli nie mogę tego zobaczyć, to nie istnieje”. Nie zdobyłam się na płacz, tylko siedziałam tam i łkałam sucho.
Hamulec ręczny został zaciągnięty, a moja głowa ciekawsko odwraca się przez ramię sprawdzić „martwy punkt” za mną. Nie widzę go. Odpinam pas bezpieczeństwa, ostrożnie parkuję przy poboczu i dopiero wtedy go dostrzegam. Harry siedzi na krawężniku, tuż poza okręgiem smugi światła, którą daje uliczna latarnia. Zagubiony w swoim własnym towarzystwie, z kolanami przyciągniętymi do klatki piersiowej i nisko opuszczoną głową. Wygląda tak niepozornie, że nigdy nie domyśliłbyś się połaci jego rozmiaru. 
Pochodzę do niego z ciężkim sercem, siadam po jego prawej stronie, zachowując bezpieczną odległość, by dla przypadkowego przechodnia wyglądać jak zwykła para nieznajomych. Głowa Harry'ego podnosi się, jakby wyczuł brak wolnej przestrzeni, którą zakłóciło moje ciało. Nie patrzy na mnie. Przestrzeń między nami powoli wypełnia się tymi wszystkimi rzeczami, których nie mogę powiedzieć. Boję się, że jakikolwiek mój ruch, albo słowna interakcja może z powrotem zapędzić go do schowania się w swojej skorupie. Nie możemy siedzieć tu tak całą noc.
- Przepraszam - mówię półgłosem.
Szum świata umilknął, jakbyśmy byli ostatnimi świadkami istnienia. Powoli zabija mnie to, jak Harry wydłuża dystans między wypowiedzianymi słowami. Proszę, powiedz coś.
- Za co? - pyta, jakby na świecie było przynajmniej milion rzeczy, za które mogłabym go przeprosić. Pewnie tak jest.
- Nie potrzebnie uciekałam. Nie powinnam była tego robić.
Lekko przytakuje i nie jestem pewna, czy to potwierdzenie tego, że przyjął do wiadomości moje słowa, czy może zgadza się ze mną w kwestii mojej niepotrzebnej ucieczki. Cieszę się jednak z jakiejkolwiek formy reakcji z jego strony, skupiając swoją całą uwagę na ruchach linii jego szczęki i tym, jak nerwowo skubie zębami swoją dolną wargę. Profil boczny to jedyne co ma mi do zaoferowania.
- Jesteś.. - zaczynam, ale moja wypowiedź zostaje natychmiast przerwana.
- Co tu robisz?
Mimo, że pytanie kieruje patrząc w asfalt przed sobą, burzy ono całą moja powłokę zewnętrzną, paląc mnie od środka.
- Właściwie to nie jestem pewna - przyznaję.
Chora ciekawość, tak mi się wydaję. Brak samodyscypliny i niemoc powiedzenia sobie "dość tego". Nigdy nie powinnam była tu wracać.
- Bo, to nie jest najprzyjaźniejsze miejsce w ciągu dnia.
Gwałtownie odwracam głowę, patrząc w kierunku końca ulicy, gdzie kilka chichoczących kobiet potyka się o krawężnik, torebki kołyszą się przy ich bokach, gdy ignorują naszą obecność. Kontynuują swój spacer do momentu, aż całkiem znikają z pola widzenia. Jeśli mam być szczera jestem trochę zdziwiona, że właśnie to go zmartwiło. Siedzę tu obok niego, a on myśli tylko o tym, że nie powinnam kręcić się w ciemności. Pieprzyć go. 
- Byłam tu wcześniej - odpowiadam bezceremonialnie, wycierając pot ze swoich dłoni w materiał jeansów. 
- Wiem - mówi przez zaciśnięte zęby.
Jego niezadowolony ton głosu sprawia, że przekręcam głowę w jego stronę i jestem zdziwiona widząc go oddalającego się od bezbronności. Nie dam nabrać się na to, że zaczyna się otwierać mimo, że jego język ciała zdradza pewność siebie i swobodę. Wyprostuj się, wyglądaj potężnie, przejmij kontrolę. Gówno prawda. To tylko fasada, którą zdał się opanować perfekcyjnie.
- Nie zrobiłam tego, żeby cię rozzłościć.
- Nie. Przyszłaś żeby się pogapić jak każdy inny, no nie? Warto było?
Już prawie zdobył się na odwagę, by na mnie spojrzeć, ale pohamował się zanim to zrobił. W jego słowach kryje się coś ostrego, rozrywającego jakiekolwiek woale okalające tę sytuację. 
- O czym ty mówisz? Ja tylko..
- No co? - przerywa ponownie.
- Chciałam zobaczyć czy wszystko z tobą okej.
- No i co, kurwa - warczy Harry. - Wyglądam jakby było ze mną wszystko okej?
Sarkazm sączył się z jego retorycznego pytania i naprawdę staram się dotrzymać kroku temu jego nowemu zachowaniu. Składa się ze zwięzłych, uszczypliwych docinków, co dalej przekonuje mnie tylko o tym, że to nie jest już ten chłopak, którego zapamiętałam. Widzę plecy Harry'ego, gdy wstaje i oddala się w sobie tylko znanym kierunku.
- Jesteś niesprawiedliwy. Przestań zachowywać się jak kutas i porozmawiaj ze mną.
Idę za nim, próbując dosięgnąć dłoni kołyszącej się przy jego boku, kiedy słowa wyfruwają z moich ust. Moje palce ledwie dotknęły jego, a iskra, którą spodziewałam się poczuć, była obecna na długo przed tym momentem. Niewiele już zostało do ocalenia.
- Nie, ty.. Nie bądź okrutna - gubi się we własnych słowach walcząc ze zniesmaczeniem, a ja próbuję go odwrócić. Wyobrażam sobie głęboką zmarszczkę między jego brwiami, wyrażającą jedynie niezadowolenie, kiedy wyrywa swoją dłoń z mojego uścisku. - Nie masz prawa tego robić - syczy zaciekle.
To niesamowicie bolesne myśleć, że nawet nie może na mnie spojrzeć. Jego dłonie zakopują się głęboko w kieszeniach spodni, zapewniając mu ochronę przede mną.
- Kiedy mnie tu zostawisz - mówi, kręcąc głową. - Bo, nie będę w stanie..Po prostu..Proszę cię, po prostu mnie nie dotykaj.
Idzie tak szybko, że prawdziwym wyzwaniem jest za nim nadążyć. Nie czeka na żadną formę akceptacji nadal oddalając się ode mnie. Wkrótce dzieli nas już cała szerokość ulicy. Stoję w samotności, patrząc na swoje dłonie, jak gdyby skrywały tajemnicę tego, czemu Harry nie może znieść ich dotyku. Ale przecież to tylko dłonie, linie wtopione w wewnętrzne ich strony, niczym rozgałęzienia rzek. Nie zrobią mu krzywdy.
Rozważam, czy nie zostawić go samego, nie poświęcając mu więcej mojego daremnego czasu. Modlę się o deszcz, by przemoczył go do szpiku kości.
Mimo moich życzeń, okazuje się, że lgnę do niego po raz kolejny. Drugi raz nie popełniam tego samego błędu, nie sięgam by go dotknąć, moje ciało nie zniosłoby kolejnej fali palącego odrzucenia. Widzę tylko jego plecy.
- Gdzie twój samochód? - pytam cicho, jakbym nie chciała go spłoszyć. - Podwiozę cię tam gdzie go zaparkowałeś.
- Nie mam samochodu.
- W takim razie zabiorę cię do domu - naciskam. - Albo mogę cię podrzucić do kogoś, ja..
- Do domu - przerywa mi podniośle. 
- Okej.
To dziwne uczucie, kiedy posłusznie idzie za mną, zwłaszcza pamiętając naszą ledwo odbytą konwersację. To boleśnie znajome, gdy podaje mi moją torebkę leżącą na miejscu pasażera i zapina pas. Składa swoje dłonie i opiera je na kolanach, a ja zjeżdżam z krawężnika nieco bardziej zgrabnie niż poprzednim razem. Nie chcę zagłuszać jego obecności, żadnym dźwiękiem, więc radio pozostaje wyłączone. Długimi palcami skubie poprute na kolanie spodnie, a ja muszę powstrzymać część mnie, która chce skarcić go w matczynym geście.
- Gdzie jedziemy?
Jego głos milknie w ciszy rytmicznie pracującego silnika. Skręcamy w prawo na skrzyżowaniu. Niewielkie znaczenie ma to, że zatrzymaliśmy się na środku jezdni, skoro za nami nie ma żadnego auta, którego właściciel mógłby nacisnąć klakson.
- Zabieram cię do domu, do twojego mieszkania.
Roztrzęsiona dłoń nerwowo obraca srebrne krążki na jego wskazującym i środkowym palcu. 
- Już tam nie mieszkam.
Wyłączam silnik.
- Gdzie mieszkasz?

***

Wychodzę z samochodu, będąc przywitaną groźnym widokiem trzech dużych bloków mieszkalnych. Księżyc wygląda zza luki między pierwszym, a drugim, niemal z ulgą chowając się za przebiegającą po ciemnym niebie chmurą. Przyjazny i przystępny, to dwa słowa nieobecne na liście przymiotników, których użyłabym do zareklamowania tutejszej nieruchomości.
Harry stoi koło samochodu z nisko spuszczoną głową, niepewny tego co stanie się za chwilę. Zdejmuję z niego ten ciężar.
- Wejdę do środka, jeśli chcesz.
- Ta - mówi, nie czekając nawet aż skończę zdanie.
Wciskam kluczyki od samochodu do torebki, a on przechodzi przez drogę niezamierzenie wskazując mi drogę. Kilka metrów na przód i zdaje sobie sprawę, że ociągam się w tyle, zapominając, że kiedyś był świadomy moich krótszych nóg, więc zwalnia wyrównując nasz krok. 
Drzwi wejściowe do bloku numer dwa zostają otwarte i dziękuję Harry'emu, gdy przytrzymuje je ręką, wpuszczając mnie jako pierwszą. W holu śmierdzi wilgocią i stęchlizną, zwalam to na karb różnokolorowych wykwitów w rogu, tuż przy suficie. Nie ma żadnego domofonu, więc każdy bez przeszkód może sobie tu wchodzić i wychodzić.
- Zejdzie mi tylko chwilę - oświadcza łagodnie Harry. - Czynsz sam się nie zapłaci.
Znika za ciężkimi drzwiami przeciwpożarowymi, a ja zostaję sama mając chwilę na rozejrzenie się po holu. Światło z kinkietów przymocowanych do obłażącej z tynku ściany mruga co chwilę z charakterystycznym szklanym pstryknięciem akompaniującym dudniącej muzyce, dobiegającej z samochodu wyścigowego jakiegoś chłoptasia. Mijaliśmy go wchodząc do środka, ale nie zwróciłam na niego zbytniej uwagi, decydując się na nie opuszczanie boku Harry'ego, modląc się przy tym o anonimowość. Czuję silną potrzebę sprawdzenia bezpieczeństwa mojego auta. Pewnie kradli już jakieś części od silnika, albo grzebali w układzie hamulcowym. 
Drzwi wejściowe otwierają się z hukiem i jestem zaskoczona, że klamka nie utknęła w przylegającej ścianie z uwagi na to z jak dużą siłą płyta została pchnięta. Moje obserwacje wnioskują w dwóch mężczyzn i kobietę. Ich rozmowa milknie, kiedy bacznie mierzą mnie od góry do dołu.
- Mieszkasz tu? - pyta dziewczyna z zaczesanymi do tyłu włosami.
Nie jestem do końca pewna jak powinna brzmieć właściwa odpowiedź, umysł podpowiada mi, że jaka by ona nie była i tak stanę się celem. Decyzja zostaje jednak szybko podjęta.
- Nie.
Jeden z mężczyzn robi krok do przodu, jest niższy niż kobieta i ma poburzone włosy w kolorze miodowym. Mimo, że jego spodnie są zabezpieczone paskiem, nadal zwisają nisko na jego krępej sylwetce. 
- W takim razie się zgubiłaś?
- Nie - powtarzam.
Nieprzyjemne uczucie w żołądku pogłębia się, kiedy wymieniają przebiegłe uśmiechy. W świadomej próbie stania się dla nich trudniejszym celem przesuwam się powoli w stronę drzwi prowadzących do dalszej części budynku. 
- Mój znajomy wszedł gdzieś tutaj, może uda mi się go znaleźć.
Moje ramiona przywierają do drewnianej płyty i czuję nagłą potrzebę zachowania choć minimum higieny w tej niedorzecznej co do warunków sytuacji. Teraz, gdy jedno z nich ruszyło za mną brud na moich ramionach jest moim najmniejszym zmartwieniem. Wiem, że ktoś za mną idzie, bo słyszałam dźwięk zamykanych drzwi.
- Na którym piętrze mieszka twój znajomy?
Zerkam do jednego z odgałęzień głównego korytarza, a potem w drugą stronę. To pierdolony labirynt.
- Nie wiem. Nie powiedział.
Moja odpowiedź jest mało łagodna, kiedy gwałtownie odwracam się twarzą do nich. Kobieta i jeden z mężczyzn stoją w korytarzu razem ze mną, drugi zawisł rękami na framudze od drzwi z wymownym uśmieszkiem. Sposób w jaki rozbawienie spływało z jego ust był niemal komiczny. Jestem ostatnią osobą na świecie, która wie o co chodzi, kiedy cała trójka momentalnie blednie.
- Ona nie chce nic od was kupić - rozbrzmiewa głos Harry'ego.
Kobieta niechętnie wysuwa się na pierwszy plan, kiedy jej kompan robi kilka kroków w tył. Czuję obecność Harry'ego tuż za mną, razem z tą jego nieopisaną wyższością straszenia ludzi. 
- Dwadzieścia-osiem... To dwadzieścia-osiem - słychać w tle, kiedy atmosfera z sekundy na sekundę robi się chłodniejsza. 
Kobieta spuszcza nisko głowę i próbuje dogonić dwójkę swoich znajomych, którzy niechybnie porzucili ją na pastwę losu. 
Jeszcze przez chwilę wpatruję się w drzwi przez które wyszli i odwracam się w stronę Harry'ego, kiedy słyszę za sobą jakiś ruch. Wydaje się jakbym większość czasu spędzała na rozmowie z jego plecami.
- Co sprzedawali?
Uzyskuję rozbawione mruknięcie, kiedy nadal bawimy się w mniej uduchowioną wersję "podążaj za liderem". Winda otwiera się z charakterystycznym dźwiękiem, akurat w momencie, gdy Harry pcha drewnianą powłokę kolejnych drzwi prowadzących, jak mi się wydaje, na klatkę schodową. Nie wiem na które piętro mamy się dostać, ale nawet obskurne graffiti w windzie nie jest gorsze od wchodzenia po schodach. 
- Nie jedziemy windą? - wołam w sukcesywnie zmniejszającą się szczelinę między powoli zamykającymi się drzwiami. 
Widzę plecy Harry'ego przez małą szybkę, kiedy zatrzymuje się na pierwszym stopniu. Lekko przekręca głowę w moją stronę, a ja nie jestem na tyle wysportowana, by wystarczająco szybko zablokować zasuwające się metalowe płyty windy. 
- Nie radziłbym - odpowiada. - Na szóstym piętrze mieszkają dzieci, które lubią ją blokować. Nie ma pewności, że na trzecie dotarlibyśmy żywi.
Z pewnością nie mam zamiaru spędzić nocy w wiszącym, blaszanym pudle, skazana na pewną śmierć tylko ku uciesze kilku dzieciaków. Wbiegając po schodach za Harry'm, doganiam go, gdy jest na pierwszym półpiętrze. To paskudna wspinaczka na trzecie piętro.
- Ci ludzie na dole, kiedy cię zobaczyli powiedzieli dwadzieścia-osiem. Co to znaczy?
Mijamy wciąż tak samo wyglądające zielone drzwi, przemierzając opustoszały korytarz. Odgłosy telewizorów dobiegają z niektórych mieszkań, w innych z kolei panuje martwa cisza.
- Errr, mieszkam pod dwudziestką-ósemką - wnioskuje niepewnie.
Zatrzymujemy się przed kolejnymi zielonymi drzwiami, a Harry wkłada rękę do kieszeni spodni w poszukiwaniu kluczy. Czujnik światła na korytarzu powoli wyłącza kolejne lampy przy suficie, zatapiając w ciemności coraz większą jego część, a my wreszcie wchodzimy do środka. Moją pierwszą myślą jest to, że nie można tego nazwać domem. Wejście prowadzi od razu do ciasnego salonu. Domyślam się, że jedynym naturalnym źródłem światła w pokoju jest okno na tyłach, czyli w kuchni. Z uwagi na pokrywający go brud śmiem wątpić, żeby chociaż ono było jakimś pocieszeniem. 
Harry stoi przy końcu kanapy z marginalnie pochyloną głową i wygląda jakby nie czuł się dobrze w swoim własnym mieszkaniu. 
- Miło tu, Harry - mówię łagodnie.
- Nie musisz silić się na grzeczność - śmieje się słabo. - Nawet moja mama i siostra mnie tu nie odwiedzają. Nie chcę, żeby tu przychodziły. Wiem, że to gówniana nora.
Nie wiem co powiedzieć, więc po prostu zaczynam rozglądać się po mieszkaniu. Telewizor jest o wiele mniejszy niż ten który miał kiedyś, nie ma ani śladu konsol do gier, a lampa stojąca obok wymaga zmiany żarówki. Mój wzrok przenosi się po wypchanej ulotkami sofie, a obserwacje ustają momentalnie, kiedy dostrzegam kij baseballowy oparty o podłokietnik kanapy. 
- Miałem włamanie jakiś czas temu - próbuje wyjaśnić. - Nie wracałem tu od tamtej pory.
- Cholera - odpowiadam mechanicznie.
Harry zdejmuje buty, asekurując się swoimi własnymi stopami, po czym kieruje się w stronę kuchni, a ja idę za nim, niczym przywiązana do niego niewidzialnymi sznurkami. Obserwuję jak pochyla się nad blatem, by wyciągnąć wysoką szklankę z szafki. 
- Chcesz coś do picia?
Podchodzę z jego prawej strony. Moja dłoń lekko ociera się o jego bok, kiedy próbuję zmniejszyć dystans między nami, a on reaguje w sposób do którego kompletnie nie przywykłam. Dokładnie jak poprzednio, Harry odsuwa się, zwiększając swoją osobistą przestrzeń. Chwyta szklankę a knykcie jego palców momentalnie bieleją i martwię się czy szkło wytrzyma nacisk jego siły.
- Nie, dziękuję - odpowiadam.
Kuchenny kran zostaje odkręcony, woda pryska przy odpływie, a Harry czeka aż stanie się wystarczająco chłodna. Załamuje się, widzę to dokładnie sekunda po sekundzie. Jego dłonie drżą, a oddech przyspiesza. Chwyta krawędź blatu, by ochłonąć.
- Przyniosę ci ją - mówię. - Nie ma problemu.
Odkłada szklankę na blat, żeby uniknąć przypadkowego kontaktu.
- Pójdę się położyć. - Przytakuje swoim słowom.
- W porządku.
Obserwuję jego chwiejny chód do momentu, aż znika w sypialni. Moja kurtka razem z torebką lądują na kanapie, po czym ponownie wracam do kuchni. Myślę nad przygotowaniem mu jakiegoś jedzenia, ale próby znalezienia czegokolwiek zatrzymują się na starych resztkach chińskiego dania na wynos i przeterminowanym mleku. Wyrzuciłabym to od razu, ale nie chcę interferować i nie mogę pozbyć się myśli, że wcale o siebie nie dbał. W takim razie zostaje tylko woda.
W sypialni czuć won dymu, zakorzenionego w pomieszczeniu. Łóżko jest puste, a gdy mój wzrok odnajduje Harry'ego, widzę jak majstruje coś przy przedmiotach ustawionych na górze jednej z szafek. Jestem prawie pewna, że mój ruch nie mógł być niczym powodującym przestrach, jednak zaalarmowanie z jakim poruszył się Harry wywołało mały bałagan.  W trwodze odwrócił się tak gwałtownie, że wytrącił szklankę z wodą z mojej dłoni. Ta rozbiła się na drobne kawałeczki, rozlewając zawartość po podłodze. 
- Bo... Bo, przepraszam - mówi desperacko. - Nie..Nie zauważyłem cię.
Jest zbity z pantałyku i tylko dzięki temu mam wystarczająco dużo szczęścia, by w pełni zobaczyć jego twarz, co prawie ścina mnie z nóg. Kiedy wyciągam dłoń w jej kierunku, Harry pojmuje swój błąd. Delikatnym, ale pewnym ruchem chwytam jego podbródek, zanim ma szansę mnie powstrzymać.
- Nie rób tego - protestuje słabym głosem. - Bo, przestań.
Moja druga dłoń przenosi się na bok jego twarzy. Harry zastyga w bezruchu, kiedy mój kciuk znaczy ślad jego blizny. Przypomina mi się wcześniejsza sytuacja z natarczywą dziewczyną w klubie i tym, jak podeszłyśmy do Harry'ego. Nie przeszkadza mi to, powiedziała a jej wypowiedź nie miała dla mnie większego sensu, aż do teraz. Jego oczy są zamknięte, ale nie ma żadnych wątpliwości, że zagojona rana przechodzi w linii ukośnej przez jego brew i lewą powiekę. To nie jest prosta linia, jej górna część jest dziwnie poszarpana, co sprawia, że mój żołądek niemal ląduje na samej ziemi. 
- Otwórz je.
Harry już nie boi się mojego dotyku, teraz to czysty upór.
- Otwórz je - domagam się.
Moja dłoń opada bezwiednie przy moim boku, a ciało cofa się o krok. Nie jestem jeszcze w stanie znienawidzić mojego odzewu, bo nadal pochłania mnie szok. 
- No, przyzwyczaiłem się już do takiej reakcji - oświadcza gorzko.
Źrenica została uszkodzona, nie jest już perfekcyjnie okrągła i zachodzi lekko na tęczówkę, która jest teraz wściekłą kombinacją ciemnej zieleni i niebieskiego. Całe oko jest nieznacznie przytłumione mlecznobiałym odcieniem. Czuję jakby cały mój wewnętrzny świat zostawił mnie samą.
- Ja nie..
Harry nadal pozwala mi przetworzyć to co widzę.
- Niedowidzenie połowiczne.
Uśmiecha się słabo.
Kręcę głową i próbuję złapać oddech, który uleciał z moich płuc.
- Nie rozumiem - mówię błagającym tonem.
Spuszcza wzrok, zanim ponownie zdobywa się na odwagę by wreszcie po raz pierwszy w pełni na mnie spojrzeć.
- Bo, niedowidzę na lewe oko. 

__________________________________________
OKEJ, ZOSTAWCIE MNIE TU JA SOBIE POPŁACZĘ.
CZEMU HANNAH TO ZROBIŁA, TO JA KURWA NIE WIEM. SUMIENIA NIE MA ZA GROSZ. 
IM DONE.