Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozdział 03.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozdział 03.. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 maja 2014

Rozdział 3.

- Kiedy walczy? - dopytuję się.
Przystałam na postawienie mi drinka, oczywiście bezalkoholowego. Jak inaczej wróciłabym do domu? Mack patrzy na mnie dziwnie, kiedy ponownie przenoszę na niego swoją uwagę, po tym, jak trzeci raz z rzędu przeskanowałam pomieszczenie. To tylko z przezorności. Wiem, że Harry'ego już tu nie ma. Wyszedł przy dźwiękach oszołomionego tłumu, zostawiając swojego przeciwnika nieprzytomnego na ringu. Nadal jednak muszę mieć się na baczności.
- Huh? - pyta zduszonym, nosowym dźwiękiem.
- Harry, kiedy zazwyczaj walczy?
- Głównie w weekendy. Okazjonalnie w ciągu tygodnia - Mack prawie krzyczy w odpowiedzi. - Chodź na tyły, tam jest ciszej.
Idę za nim, przeciskając się przez ludzi, którzy wykazują wielką trudność w utrzymaniu swoich drinków. Czuję się dziwnie uprzywilejowana, mogąc przejść z Mackiem przez drzwi z przywieszką "OBSZAR PRYWATNY". Właśnie tędy weszli, po czym wyszli zawodnicy. Ponownie poczułam się przytłoczona myślą, że naruszam czyjąś prywatność. Krótki spacer przez korytarz, prowadzi nas do drzwi biura. Nie jest zbyt duże, ale przestrzeń została poprawnie wykorzystana. Biurko, komputer, gablota na segregatory i niezbyt dobrze ukryty sejf.
- Słuchaj, jeśli chcesz się z nim spotkać, mogę coś zaaranżować, Bo.
Moja głowa odwraca się  tak szybko, iż mam wrażenie, że nadwyrężyłam sobie kark. Pocieram dłonią tył szyi, próbując zmniejszyć dyskomfort. Mack usiadł za biurkiem i zajął się przeszukiwaniem sterty papierów, w poszukiwaniu swojej komórki, która właśnie wydała dźwięk przychodzącej wiadomości.
- Z Harrym? - pytam z wystrzelonymi w górę brwiami.
Nie podnosi wzroku, nadal przetrząsając szuflady w biurku.
- No. To znaczy, może być ciężko - urywa, krzywiąc się lekko. - Nie jest zbyt towarzyski. Ale nawet ja wiem, że ma w sobie to coś. Odkąd tu jest liczba kobiet pojawiających się na walkach znacznie wzrosła.
- Nie. Nie ma takiej potrzeby. - Kręcę głową.
- Jesteś pewna? Mogę powiedzieć mu, że jesteś fanką. Wiem, że jego...urr... - Gestykuluje okrężnymi ruchami w okolicach swojej twarzy, zostawiając mnie skonsternowaną. - Może się wydawać trochę onieśmielający, ale na serio jest w porządku.
- Nie, dzięki.
Wiem, że ma zamiar węszyć głębiej w mojej fascynacji jednym z jego zawodników, więc szybko zmieniam temat.
- Co to?
Ze stosu papierów ułożonych na biurku, podnoszę jedną kartkę, która zapisana jest odręcznie. Są na niej słowa, a niekiedy nawet całe zdania nabazgrolone dość nieskładnie. Po zmiętym i pogniecionym papierze, wnioskuję, że tej kartce poświęcił więcej uwagi, niż pozostałym. Jest mi jednak odebrana zbyt szybko, bym mogła dopatrzeć się odbiorcy.
- List - odpowiada zwięźle Mack.
- Do kogo piszesz?
W pomieszczeniu słychać głośne westchnięcie, kiedy ponownie zajmuje fotel przy komputerze, a ja sięgam po krzesełko po drugiej stronie biurka.
- Do mojej dziewczyny - odpowiada trochę nerwowo.
- To list miłosny? - pytam, uśmiechając się szerzej niż prawdopodobnie powinnam.
Kręci głową, a jego policzki zaczynają się czerwienić. To urocze.
- Czyta te, pożal się Boże, książki, gdzie bohaterowie wyznają sobie miłość słowem pisanym.
Marszczy nos, jakby to co powiedział, wyzwalało w nim jakąś formę obrzydzenia. Romansowanie dla niektórych jest nierzadko tak samo obce, jak inny język, więc nie robię żadnych drwiących docinków.
- I tak przecież codziennie gadamy przez telefon. Ona chce, żebym spisywał swoje uczucia i wysyłał jej w formie listu.
- Uważam, że to słodkie.
Czuję rosnącą radość, słysząc, że miłość jednak istnieje poza granicami moich niebezpiecznych doświadczeń. Chłopak stuka w ekran swojego telefonu, a ja siedzę w ciszy i obserwuję jego ruchy. W biurze jest kilka oprawionych fotografii, tablica korkowa z powyrywanymi kartkami z kalendarza i mały kwiatek doniczkowy, któremu przydałaby się odrobina wody.
- A jakżeby inaczej. - Wywraca oczami.
Jestem całkiem dobrze zapoznana z sarkazmem, dzięki mieszkaniu z Tiff. Jego przygnębienie nie przygasi mojego ducha.
- Gdzie ona jest?
- Studiuje w Manchesterze.
Jego oczy wędrują na telefon, który niedawno odnalazł i przez uśmiech na jego ustach, wiem, że nieprzerwane buczenie wibracji sygnalizuje wiadomości od niej.
- Mogłabym ci pomóc, jeślibyś chciał.
Mack podnosi wzrok znad komórki, wracając do naszej rozmowy, która najwyraźniej zaczęła ponownie go interesować.
- Co masz na myśli?
Przesuwam się na kraj krzesła, poprawiając godną pożałowania poduszkę, która okrywała ciężkie drewno mebla.
- No z komponowaniem. Jeśli masz z tym jakieś problemy, mogłabym wspomóc cię kobiecą perspektywą.
- Naprawdę? Mogłabyś? - pyta, lekko osłupiały.
- Jasne, jeśli pozwolisz mi przychodzić na walki.
Mam nadzieję, że ostatnie zdanie wyszło z moich ust w dość naturalny sposób, aby nie mogło wzbudzić żadnych podejrzeń. Nie jestem jednak pewna czy cisza, która zapanowała jest jego zgodą, czy może stara się wywnioskować czy nie jestem czasem jakąś zwariowaną groupie. Posyłam mu przyjazny uśmiech, którego, mam nadzieję, nie odbierze jako dziwnego.
- Dobra.
- Znakomicie. - Wyszczerzam się w uśmiechu, pochylając nad zagraconym biurkiem, by uścisnąć mu dłoń. - Tylko, proszę, nic mu nie mów.
- O czym?
- O mnie.

***

Okazuje się, że nie jestem wystarczająco kompetentna, by prowadzić wózek z zakupami, więc idę obok Tiff jak jakiś niegrzeczny dzieciak, a ona wskazuje na produkty ułożone na półkach. Na wyprawę po zakupy, zabrałyśmy ze sobą Roba, po tym jak odkryłyśmy, że zjadł kubek zupki chińskiej na śniadanie i lunch. Zgromił nas wzrokiem, gdy próbowałyśmy wyjaśnić mu, że to "jedzenie" ma w sobie tyle samo substancji odżywczych co zmoczony wodą karton. 
- Jedziesz do domu?
Wkładam puszki z kukurydzą cukrową do naszego pękającego w szwach wózka. 
- No.
Wózek zatrzymuje się nagle, wydając nieprzyjemny skrzybot kółkami o sklepowe linoleum, ale kobieta za nami zwinnie wyhamowuje, po czym wymija nas dość niezdarnie, pchając swoje zakupy. Brązowe oczy Tiff zdradzają jej zawód, gdy ściąga brwi, wracając do kierowania wózkiem.
- Czemu? Przecież miałyśmy iść do kina. Pamiętasz? Mam karnet na sobotnią noc, nie mogę wykorzystać go innego dnia.
- Cholera. Na serio cię przepraszam. - Kręcę głową, naprawdę żałując.
- Ugh - mruczy niezadowolona Tiff, wrzucając pudełko płatków kukurydzianych do naszego wózka. - Och, Boże, no i teraz muszę zabrać Roba.
- Gdzie musisz mnie zabrać? - Zza półki wyskakuje Rob z buzią pełną winogron, w rękach trzymając kupę śmieciowych, gotowych posiłków do podgrzania w mikrofalówce. - Idziemy na randkę, Tiff?
Sugestywnie trąca ją swoim łokciem, a jego brwi tańczą wymownie w geście, który miał być chyba czymś w rodzaju flirtu.
- Chciałbyś - dogryza mu, pomagając pozbyć się przedmiotów, które trzyma. 
- Zanim zaczniesz zjadać towar, powinieneś najpierw za niego zapłacić - pouczam, wyjmując z jego dłoni prawie puste opakowanie po winogronach i odkładając je na samą górę sterty w wózku. 
Nie jestem zaskoczona tym, że ignorują moje karcące uwagi na rzecz zagłębienia się w alejce z produktami mrożonymi, żeby zobaczyć co sklep oferuje tym razem. Potem podzielimy między sobą rzeczy, które zostaną przeznaczone na główny posiłek, ale jeśli chodzi o lody, nie będzie żadnych negocjacji. Żadnego dzielenia, tylko bóle brzucha po zjedzeniu całego kubełka na głowę. 
- Bo miała iść ze mną do kina, ale skoro nie może, zabieram ciebie. 
- Świetnie! Na co idziemy?

***

- No i? Co chcesz jej powiedzieć?
Końcówka długopisu wbija się w kartkę, gdy odrywam się od rysowania wzorów na marginesie strony. Pracuję nad łąką pełną kwiatów, dopełniając ją okrąglutkimi pszczołami i motylami. Siedzieliśmy z Mackiem przy biurku od jakichś czterdziestu minut, nadal deliberując nad tym jak powinien zaczynać się jego chwytający za serce list. Wyobrażam sobie, że gdzieś daleko stąd Rob zmusza własnie Tiff do tego, żeby podzieliła się z nim swoim popcornem. Pewnie już zdążyli pokłócić się o to, kto zajmuje środkowy podłokietnik na sali kinowej.
- Chcę, żeby wiedziała, że za nią tęsknię. 
- To już jakiś początek - mówię, wyrywając kartkę z moimi bezsensownymi rysunkami, by zacząć od nowej strony. - Za czym dokładnie tęsknisz?
- Za wszystkim.
Powstrzymuję się przed wyrażeniem swojego rozrzewnienia, bo wiem, że to momentalnie wytrąciłoby go ze skupienia i nie ruszylibyśmy już dalej. Prawa stopa ścierpła mi od ciągłego siedzenia na niej, więc wysunęłam ją spod siebie i opuściłam na ziemię, poprawiając się na krześle. Mack co chwila wstawał i siadał, jakby nie mógł zapanować nad swoim pracującym na najwyższych obrotach skupieniem, by dokończyć ten list. Szerokie okulary zsunęły się na czubek jego nosa i nie mogłam powstrzymać się od porównania go z Jamesem. Oboje zdawali się nienawidzić faktu, że muszą je nosić. James zawsze trzymał je bezpiecznie schowane w swojej torbie, wyjmując tylko wtedy, gdy były niezbędne, czyli do oglądania telewizji. To, że jego rzęsy były na tyle długie, że dotykały wewnętrznej strony okularów zawsze mnie fascynowało.
Rysuję gwiazdę w rogu liniowanej kartki, wgapiając się w kulkę rozprowadzającą tusz, mając nadzieję, że pomysły zaraz nadejdą. To chyba zbyt optymistyczne podejście, bo Mack bierze swój dziennik i zaczyna kartkować strony z zaznaczonymi spotkaniami.
- Mack! - krzyk z zewnątrz odbija się echem po biurze.
Jego głowa momentalnie unosi się w górę, a rozbiegane oczy wędrują z mojej twarzy na drzwi.
- To Harry.
Jego głos jest niski, wystarczająco niski, żeby mnie ostrzec, ale niezbyt głośny, by osoba po drugiej stronie drewnianej płyty domyśliła się, że ma tu towarzystwo. Końcówka długopisu, którą żułam, wymyka się z moich ust i opada na podłogę. Nie mam pojęcia gdzie się poturlał bo jestem zbyt zatrwożona myślą, by jak najszybciej się ukryć.
- Jest wcześniej - rzucam półgłosem.
Lekki dźwięk kroków na korytarzu słyszę niczym grzmoty. Serce podchodzi mi do gardła, gdy wciskam się pod biurko w małą przestrzeń między szafką na segregatory i sejfem. Czuję bród na dłoniach, a moje jeansy pewnie pokryły się już kurzem z zapomnianej podłogi. Pod żadnym względem, nie było to najlepsze miejsce do ukrycia, ale udało mi się zapewnić sobie relatywne bezpieczeństwo. Uderzam głową o blat biurka nade mną, ale tłumię przekleństwo wyrywające się  z moich ust, by nie zdradzać miejsca swojego pobytu. Z ograniczonym polem widzenia, dostrzegam kolana Macka. Zbiera papiery, nad którymi pracowaliśmy i chowa je w szufladzie. Mam wrażenie, jakby mój żołądek wywrócił się na drugą stronę. Udzieliłam sobie reprymendy za całe pudełko ciastek, które pochłonęliśmy z Jamesem czwartkowego wieczoru. Ledwo oddycham i nie chcę zarejestrować tego, że drzwi do biura zostały otwarte.
- Harry - wita go zdenerwowany Mack. Jego zakłopotanie jest pewnie spowodowane gapowiczem, który zadomowił się w szczelinie między meblami jego biura.
Przełykam gulę formującą się w moim gardle.
- Będę potrzebował moich pieniędzy - żąda szorstko Harry.
Wciskam się głębiej w moje zaciemnione miejsce. Jest tu pewnie mnóstwo pająków, ale nie mam zamiaru tchórzyć na rzecz tych przyprawiających mnie o gęsią skórkę stworzeń. Czuję się bardziej niepewnie na myśl, że miałabym znaleźć się na widoku.
- Dostałeś już przecież - odpowiada Mack, pochylając się nad swoim biurkiem.
- Nie za wczoraj.
Harry nadal stoi poza zasięgiem mojego wzroku. Nie wszedł głębiej do pomieszczenia co sprawiło, że poczułam się jeszcze bardziej dziecinnie. Chowam się przed swoimi obnażonymi problemami, zamiast stawić im czoła. To był głupi pomysł. Mój zatrwożony umysł nie rozważył innych opcji, nie było na to czasu. A teraz, gdy siedzę tu wciśnięta w przestrzeń nie nadającą się dla osoby, która niedługo będzie obchodzić swoje dwudzieste urodziny, zadaję sobie pytanie czy naprawdę stałoby się coś strasznego, gdyby mnie zobaczył?
Ale przecież nie mogę teraz wyjść. Wyglądałabym jak jakaś wariatka.
Przerażony jęk zduszony jest moją dłonią, kiedy znienacka przykuca przy mnie Mack. Przez kilka panicznych sekund, martwię się, że ma zamiar mnie wydać, ale nie robi tego. Nasze oczy komunikują się ze sobą, ale nie padają żadne słowa. Mack kontynuuje wprowadzanie szyfru na tarczy sejfu. 
Upycha banknoty w białej kopercie, podnosząc się z kolan i stopą popycha ciężkie drzwi kasy pancernej. Krótka przerwa przed kolejną falą ogarniającego mnie przerażenia.
- Była tu u ciebie jakaś kobieta? - pyta Harry.
Zasycha mi w ustach i mam wrażenie, jakbym starała się za wszelką cenę utrzymać w sobie wyrywające się serce. Zaczynam zastanawiać się nad nieprzyjemnym pomysłem, czy nie wyczuł mojego zapachu, jak łowca wyczuwa zapach swojej ofiary. Ale nie bawiliśmy się przecież w kotka i myszkę, pomijając fakt, że siedziałam upchana w dziurze, poza zasięgiem jego wzroku.
- Nie - odpowiada, zbyt szybko, Mack.
- W takim razie to należy do ciebie?
Pochylam się zerkając przez szczelinę w biurku, by zobaczyć co jest tematem rozmowy. Mój balsam do ust spoczywa w palcach Harry'ego i wygląda śmiesznie mało w jego dużej dłoni. Czuję się bardziej bezbronna, wiedząc, że trzyma coś, czego używałam zaledwie dziesięć minut temu. 
Jest za wysoki, żebym mogła objąć wzrokiem całą jego sylwetkę. Widzę jedynie długie nogi i dolną część torsu. Jest ubrany cały na czarno, wyobrażam go sobie jak odchodzi i wraca w godzinach zmierzchu, ponownie tonąc w ciemności. 
- Nie wiedziałem, że to twój ulubiony kolor - żartuje Harry.
Nie ma dobrze zorientowanych wytycznych co do tego jak powinnam się czuć. Żadnego planu awaryjnego, czy pocieszenia co do tego, że czuję się dziwnie komfortowo widząc jego pozagabarytowe stopy. To właśnie Harry. Ten kąśliwy ton sprawia, że wiruję pomiędzy poczuciem bezpieczeństwa i spokojem. Jest połączeniem tego, co kiedyś dobrze znałam i czegoś niepokojąco innego. Harry w obcisłych jeansach. Spięta sylwetka i zaciśnięte pięści należą do kogoś, kogo nigdy wcześniej nie znałam. 
- To chyba jakiejś barmanki. Były tu wcześniej po swoje wypłaty. 
Nawet gdybym nie znała prawdy i tak nie dałabym wiary w to co powiedział Mack. Jego gra aktorska jest straszna. Pięciolatek skłamałby lepiej.
- Słuchaj, to nie moja sprawa. Nie mam zamiaru cię osądzać.
- Nie zdradzam swojej dziewczyny - oświadcza Mack pewnym głosem.
No i w to mogę uwierzyć.
Pieniądze zmieniły właściciela, a ja jestem więcej niż wdzięczna za pomocną dłoń, którą zaoferował mi Mack przy wyjściu spod biurka. Harry zniknął i na mnie też już chyba przyszedł czas.
- Co to miało być?
Wyjęłam swoją kurtkę i torebkę z szuflady, gdzie ukrył je Mack, zanim nam przerwano. Małą pomadkę do ust dało się jeszcze jakoś wytłumaczyć, ale gdyby było to coś więcej, Harry zaraz nabrałby podejrzeń.
- Mówiłam ci, nie chcę żeby wiedział.
- I tak by pewnie nie zwrócił na ciebie uwagi - mówi z poirytowaniem.
Zmagam się z założeniem kurtki, a Mack ściska czubek swojego nosa.
- Nie zostajesz na walkę?
- Nie, ale zobaczymy się niedługo.
Wygląda na korytarz, sprawdzając sytuację na zewnątrz biura, po czym eskortuje mnie wyjściem ewakuacyjnym w dół holu. Noce powietrze tłumi moją rozgrzaną rumieńcem skórę, gdy idę po parkingu do miejsca, gdzie stoi mój samochód. Imię Jamesa migocze na moim wyświetlaczu, więc odbieram połączenie, zanim udam się w podróż powrotną do domu.